Sandra Zenka – Jesteśmy warte zarabiania dużych pieniędzy!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Sandra Zenka, trener biznesu i coach, pomaga swoim klientom przełamać złe przekonania na temat pieniędzy. Bankructwo pierwszego biznesu nie zatrzymało jej na drodze do zbudowania solidnej marki w dobie pandemii. Jak to osiągnęła?

Posłuchaj jako podcast w wersji audio:

Moim gościem jest dzisiaj Sandra Zenka, trener biznesu i coach. Zapraszam Cię, Sandra, do przedstawienia się.

Sandra Zenka: Bardzo dziękuję za zaproszenie i cieszę się, że mogliśmy się teraz spotkać. Pytałeś, co robię? Jestem trenerem biznesu, współpracuje głównie z branżą finansową, ubezpieczeniową, moim strategicznym partnerem jest firma Allianz, którą szkolę regularnie. Nie tylko kanał multi-agencyjny, ale też coraz częściej sieć wewnętrzna.

Poza tym środowisko, z którego wyrastam, to etatowe środowisko. Pracowałam wiele lat w bankach, w ubezpieczeniach, finansach, stąd naturalnie szkolę bankowość: banki Alior, Nest, Millenium. Współpracuję też z Uniwersytetem Warszawskim w ramach szkoleń. Prowadzę też klientów indywidualnych tak, aby mogli spełniać swoje marzenia.

Do spełniania marzeń jeszcze wrócimy. Ja bym chciał wrócić do historii, trochę do tego, co robiłaś, zanim zostałaś freelancerką i zanim oparłaś swoją aktywność zawodową o markę osobistą.

Sandra Zenka: Dwanaście lat pracy w finansach, w ubezpieczeniach, już trochę o tym wspomniałam. Przeszłam przez całą ścieżkę kariery na kilku etatach. Czasami byłam zatrudniona B2B, czasami na etacie, więc można powiedzieć, że trochę testowałam pracę B2B. Nie zakończyło się to dobrze.

Jako doradca finansowy zbankrutowałam – po prostu nie uchwyciłam swojego cashflow.

Jako magister finansów i rachunkowości po Szkole Głównej Handlowej mogę powiedzieć, że w Polsce jest bardzo duży deficyt informacji dotyczących zarządzania swoimi finansami osobistymi. Stąd też ta praca, którą w tym momencie robię.

Na social mediach skupiam się na tym, żeby edukować kobiety, aby zwiększyły swoje cashflow, czyli przepływy pieniężne, zadbały o swoją niezależność finansową i mogły podejmować decyzje zgodne z ich sercem, a nie ze stanem faktycznym portfela. Jedno z najmocniejszych pytań coachingowych, które u mnie na sesjach się pojawia, to: co byś zrobił/a, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? I okazuje się, że bardzo często ludzie robiliby zupełnie, co innego. Przez brak wiedzy na ten temat, nasze sytuacje często pozostawiają dużo do życzenia.

Bankructwo to jest taki wątek, który gdybyśmy byli w Stanach Zjednoczonych, to powiedzielibyśmy, że to jest dobry start do prawdziwego biznesu. Podobno tak się mówi u nich, że jak ktoś raz nie zbankrutował, to jeszcze nie wie wszystkiego o biznesie.

Jak to się stało, że ten pierwszy falstart Cię jakoś nie wystraszył, tylko wręcz przeciwnie spowodował, że dzisiaj jesteś tu, gdzie jesteś?

Sandra Zenka: Dzisiaj jestem tu, gdzie jestem, bo jestem typem fajterki i się nie poddałam. Aczkolwiek moje bankructwo, to nie było oficjalne bankructwo, czyli o nie była upadłość konsumencka. To było po prostu podkulenie ogona. Jako dwudziestoczterolatka wróciłam do rodziców.

Musiałam się z powrotem wprowadzić do malutkiego mieszkania, wrócić na etat i odrobić ponad 150 tysięcy złotych, które w tym momencie na tamtym etapie życia było dla mnie absolutnym kosmosem.

Oczywiście plus odsetki, bo to było w kredytach gotówkowych. Natomiast to zblokowało mnie na wiele lat przed tym, żeby odejść z etatu. Na początku na etacie zaczęłam zarabiać niewielkie w porównaniu do działalności, ale stabilne pieniądze, które pozwoliły mi nie zepsuć sobie zdolności kredytowej. A chciałam mieć swoje własne mieszkanie, nieruchomość, więc wiedziałam, że nie chcę tej zdolności zepsuć.

Druga rzecz to jest kwestia tego, że w ramach mojej pracy awansowałam, dostawałam coraz ciekawsze propozycje i taką etatową wisienką na torcie było stworzenie portfela i zarządzanie kapitałem ponad stu milionów złotych. Moje wszystkie wcześniejsze działania prowadziły mnie do tego, by pracować w dużym amerykańskim banku, obsługiwać najbogatszych Polaków i doradzać im, przyglądać się, co Ci ludzie robią z pieniędzmi i jak je zabezpieczają. Jakie podejmują decyzje, co robią innego niż środowisko, z którego ja wyrastałam, po to, aby móc to zmodelować.

Sandra Zenka
Sandra Zenka

W międzyczasie zdążyłam spłacić długi, odrobić swoją poduchę finansową i wtedy już miałam zupełnie inny komfort do tego, żeby wyjść z tego etatu.

Aczkolwiek to nie stało się z dnia na dzień – to był proces. Nie jestem zwolennikiem skakania na główkę. Z osobami, które trafiają do mnie, bardzo często zaczynamy analizować sytuację finansową. Uważam, że osoba, która odchodzi z etatu, w bardzo niewielu procentach przypadków może się czuć komfortowo, jeżeli nie ma przynajmniej półrocznej–rocznej poduszki, a najlepiej zbudowanego procesu, zbudowanej strategii i pozyskanych pierwszych klientów.

I ja za drugim razem zrobiłam zupełnie inaczej niż za pierwszym. Za pierwszym razem mając dwadzieścia lat, wskoczyłam do biznesu, nie ogarnęłam cashflow i popełniłam bardzo dużo błędów, nie miałam poduchy finansowej, zaufałam nieodpowiednim ludziom, nie miałam umów, które chroniłyby moje interesy, no i potem musiałam za to słono zapłacić. Wyciągnęłam lekcje, poprosiłam o wsparcie, między innymi trafiłam na mentoring do Ciebie, poukładaliśmy te klocki i z takimi autorytetami zewnętrznymi, którzy na co dzień pracują przy marce osobistej, myślę, że zaoszczędziłam dużo czasu i pieniędzy, więc teraz też staram się to podawać dalej.

Czy to było tak, że będąc z powrotem na etacie, odrabiając stratę, Ty cały czas myślałaś o tym, żeby mieć swoją firmę? Czy to był aż tak mocny mindset i silna wizja od samego początku, żeby zrezygnować z etatu?

Sandra Zenka: Cały czas miałam to z tyłu głowy, a z przodu miałam strach. I z tyłu głowy miałam swoje marzenia o cudownym życiu, o podróżach, o wolności. No, ale wiesz, potem dzwonił budzik, ja się budziłam, ubierałam, wchodziłam w rutynę, stawałam razem z całym tłumem ludzi, który jechał autobusem, potem się przesiadałam, potem metrem i tak po kilku przesiadkach wysiadałam w centrum Warszawy. W większości fajnych miejsc, w których możesz pracować, nie ma sensu płacić za parking, więc większość Warszawiaków przejeżdża po prostu metrem, autobusami i tłucze się w ścisku.

I był taki piękny moment, kiedy byłam już freelancerem: obudziłam się o 8:30, o tej godzinie musiałabym już docierać do swojego banku, wsiadać w autobus i dojeżdżać. Założyłam adidasy i poszłam biegać do lasku Bródnowskiego i kiedy przebiegałam obok tego przystanku autobusowego, na którym wchodziłam do autobusu przez ostanie kilka lat, miałam tak duży uśmiech od ucha do ucha, jaki miałam tylko kilka razy w życiu, ponieważ to był taki moment, w którym uświadomiłam sobie, że przełamałam schemat.

Jestem niezależna, wyszłam poza system i mogę sobie po prostu o godzinie 9:00-10:00 biegać, delektować się słońcem i sama decydować o tym, czy ja dzisiaj pracuję, czy mam wolne i ile zarabiam. I to jest uwalniające uczucie.

Uśmiecham się, bo w zasadzie to, co mówisz, mogłoby być reklamą całego tego podcastu. Ba, efekt, który masz, czy konsekwencją tego, co zrobiłaś, jest taki właśnie luzu. Możesz decydować o swoim czasie, a to jest największą nagrodą.

Czy był jakiś moment u Ciebie, w kontekście pracy etatowej, że coś się wydarzyło albo na Ciebie coś nagle spłynęło, że poczułaś „o to jest ten moment, rzucamy etat albo zaczynamy się przygotowywać do rzucania etatu”?

Sandra Zenka: Oj, był taki moment. Było ich kilka, ale jeden był taki najmocniejszy w korporacji, w której pracowałam. Praktycznie całe życie pracowałam w sprzedaży, teraz uważam, że też pracuję w sprzedaży, tylko dla siebie, a nie dla dużego brandu. Wtedy złożyłam taką deklarację pewnej kwoty sprzedaży, której miałam dokonać. To był ostatni dzień miesiąca i obsługiwałam cudownych klientów, zamożnych, światłych, często takich, którzy robili naprawdę ciekawe rzeczy. Okazało się, że przyszedł mój klient, który miał zainwestować dużą kwotę, którą ja zadeklarowałam rano. Była duża transakcja, duża inwestycja.

To był cudowny dzień. Przyszedł z żoną, był w cudownym nastroju, natomiast duże kwoty inwestycji w bankach mają to do siebie, że muszą zostać podzielone, zdywersyfikowane walutowo, rynkowo. Więc gdy już ustaliliśmy, jak dokładnie małżeństwo ma podzielić ten portfel, to okazało się, że na dokumenty będą musieli czekać półtorej godziny. No i tu się zaczął problem, ponieważ żona mojego klienta miała urodziny. Zdecydowali, że jadą po nowego Lexusa, wyszli z banku, a ja zostałam bez transakcji. Oczywiście przyszli kilka dni później, ale to już był nowy miesiąc i zostałam wtedy wezwana na dywanik. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to jest mobbing, ale to było bardzo ciężkie doznanie dla mnie, takie psychiczne.

To była kropka nad i.

To była jedna z nich i wtedy się dowiedziałam, że po prostu powinnam się wstydzić swojego nazwiska, jeżeli zadeklarowałam, że pewna transakcja będzie, a jej nie było. Oczywiście po pół godziny tego typu dyskusji i argumentów w gabinecie czekał następny klient, więc ja musiałam zachować kamienną twarz, nie mogłam po sobie pokazać żadnych emocji. Tego samego dnia, kiedy po całym dniu pracy zrobiłam świetny wynik, oczywiście bez tej jednej transakcji, spotkałam się z moim obecnym mężem na metrze Ratusz-Arsenał. Zapytał się, jak mi minął dzień, a ja – poważna pani z banku, w garniturze, białej koszuli, z teczuszką – rozpłakałam się jak mała dziewczynka i przez pół godziny nie mogłam przestać. Nie mogłam się uspokoić i to był jeden z takich momentów, w których wiedziałam, że to nie wpływa na mnie dobrze.

Po kilku tego typu sytuacjach wylądowałam w szpitalu.

Wyłączył mnie organizm wtedy, kiedy moja psychika mówiła: dasz radę, przecież to jest normalnie, przecież ludzie w korporacjach na wysokich stanowiskach mają ciśnienie, mają wymagania. Im większe zarobki, tym większa odpowiedzialność, tym większe transakcje, tym ewentualnie większy fakap, jeśli coś nie wyjdzie. Wtedy nie byłam finansowo gotowa do tego, żeby odejść. Dlaczego? Bo nie miałam poduchy finansowej, bo nikt mnie tego wcześniej nie nauczył.

Drugi moment, w którym poczułam, że moja praca jako wealth menager nie ma sensu, to kiedy przyszła do mnie klientka. Trafiła do mnie klientka, która miała 320 tysięcy straty. Ja wtedy marzyłam, o tym, żeby mieć swoją własną nieruchomość. Na tamte ceny nieruchomości, które były 8-10 lat temu, mniej więcej tyle potrzebowałam na dwupokojowe niewielkie mieszkanie w Warszawie. Ona miała 320 tysięcy straty po poprzednim doradcy. Przejmowałam ją do swojego portfela i zaczęłam sobie projektować, co się wydarzy na tym spotkaniu. Czy ona zasłabnie, czy zacznie na mnie krzyczeć, czy dostanie zawału. Sama się tak nakręcałam i kręciłam sobie różne scenariusze przez dwa tygodnie, a wiedziałam, że nie zna wyniku inwestycyjnego, nie logowała się na konto, nie ma zielonego pojęcia.

Przyszedł ten sądny dzień i przyszła klientka. Powiedziałam, jaka jest sytuacja, ona kiwa głową: okej, no to co teraz? Byłam turbo przygotowana – plan A, plan B, plan C. Ona wybrała któreś z rozwiązań, czekamy na dokumenty od asystentki, bo też tych dokumentów nie przygotowywałam i nagle okazało się, że ona powiedziała rzecz, która, mogę powiedzieć śmiało, że zmieniła moje życie.

To był początek końca mojego etatu.

Ona wtedy powiedziała, że kupiła sobie kota i że ma jego zdjęcia w telefonie i czy bym chciała zobaczyć. I moja głowa w tym momencie wybuchła, dosłownie. Jak w tych memach, które możecie sobie zobaczyć czasami na Internecie. Kobieta straciła równowartość nieruchomości i ona mi mówi o kocie. Wtedy sobie pomyślałam, że moja praca absolutnie nie ma żadnego sensu. Po prostu w tym dniu, w tym momencie straciłam sens mojej pracy. Do tego momentu myślałam, że to, co robię, jest ważne i istotne i zmienia w pewien sposób ludzkie życie, a w tym konkretnym momencie stwierdziłam, że ja muszę odnaleźć coś, co będzie realnie zmieniało ludzkie życie, a nie tylko cyfrę na koncie, ponieważ zawsze było za mało.

I teraz robię coś, gdzie mam poczucie, że po pierwsze robię to dla siebie i na moich zasadach, a po drugie robię coś namacalnego, co zmienia ludzkie życie.

Sandra Zenka

Pomagasz też zarządzać finansami. Tak jak opowiadasz, doradzałaś bogatym Polakom w inwestycjach. Jakie, Twoim zdaniem, są takie najbardziej blokujące przekonania o pieniądzach, szczególnie takie, które powinna zmienić w sobie przyszła marka osobista?

Sandra Zenka: Paradoksalnie ludzie mają bardzo często taki stereotyp, który mówi o tym, że pieniądze są złe albo że pieniądze Cię zmienią. I mówi się, że pieniądze są w stanie zepsuć człowieka. Pierwszy milion trzeba ukraść. W ogóle w Polsce jest bardzo dużo takich naleciałości jeszcze, które chyba weszły do naszego społeczeństwa za czasów komuny i niestety nadal żyją, nadal są podlewane i nadal są powtarzane z pokolenia na pokolenie.

Myślę, że dopiero teraz osoby, które świadomie chcą budować swoje życie, swoje majątki, swoją przyszłość, zaczynają pracować nad tymi ograniczającymi przekonaniami. Pierwsze z ograniczających przekonań, takie, nad którymi pracuję głównie z kobietami, bo mniej mężczyzn ma z tym problem, jest:

„jestem niewystarczająca, nie zasługuję na taką stawkę”

I pamiętam moment, w którym miałam wystawić fakturę, ale jako moja firma Sandra Zenka na czterdzieści kilka tysięcy i pomyślałam sobie nie, to jest za dużo, może ja nie zasługuję, może powinnam zaniżyć tę kwotę, może ten proces wcale nie jest tyle wart, pomimo że klient się zgodził tyle zapłacić i był zadowolony. Wtedy pomyślałam sobie, że pracując pod dużym logo, nie miałam problemu z tym, żeby podpisać dokumenty dla klientów, w których oni płacili po 250-300 tysięcy za transakcję, ale wtedy to nie było dla mnie. Wtedy to było dla jakiegoś podmiotu zewnętrznego, dużej i zagranicznej firmy, korporacji, przecież wiesz, to nie ja decyduję, jaka jest stawka. W momencie, kiedy ja zaczynam decydować jako freelancer, ile biorę za coaching, za dzień szkolenia, nagle zaczynają się schody.

Bardzo często kobiety, z którymi pracuje, zaniżają swoją stawkę do minimalnej. Minimalnej wartości, minimalnej rentowności, bardzo często, które nie uwzględnia kwestii przygotowania do procesu, całej obsługi dookoła, bo uważają, że prowadzenie szkolenia to jest tylko jeden dzień. To nie jest jeden dzień – to jest przygotowanie się, pozyskanie klienta, bardzo często też jakiś raport poszkoleniowy i tak dalej. I tak samo jest z każdym innym produktem.

Po pierwsze jest takie poczucie, że nie zasługuję na fakturę, którą wystawiam albo na stawkę, którą bym chciał. Kto za to zapłaci? Ludzi na to nie stać albo i to już takie bardziej, praca z podświadomością, że jeżeli ja zarobię duże pieniądze, to zmienię się w gorszego człowieka.

Sabotowanie swoich działań bardzo często nie jest świadome

Ale kiedy zaczynam z kimś pracować, to obserwuję, że sabotuje fajne, ciekawe projekty, fajne, ciekawe działania i finalnie ląduje z minimalnymi zarobkami, chociaż ma dużo większy potencjał.

I tak, żeby też naszym słuchaczom dać wartość: to nie jest tak, że pieniądze zmieniają człowieka, bo gdybyś miał dzisiaj takie pieniądze, że mógłbyś/mogłabyś zrobić, cokolwiek byś chciała zawodowo, to co byś zrobiła? Gdyby pieniądze nie miały znaczenia, co byś zrobił/zrobiła? Bardzo często odpowiedź na to pytanie jest jednoznaczna, w sekundzie po prostu, bezrefleksyjna, rzuciłabym pracę, zaczęłabym robić to, co jest naprawdę dla mnie ważne, podjęłabym zupełnie inne decyzje, przeprowadziłabym się, zostawiłabym obecnego partnera, zmieniła po prostu swoje życie. Bardzo często ten aspekt nas blokuje przed decyzjami, które są z serca, a nie z głowy.

Sandra Zenka

Bardzo mocno rezonują ze mną te przekonania, o których mówisz. Często je obserwuję, pracując ze swoimi klientami. Mało tego widziałem bardzo dobrych sprzedawców etatowych, którzy kompletnie sobie nie poradzili poza etatem. Sprzedawanie własnej marki jest kompletnie czymś innym niż sprzedawanie marki, która jest ugruntowana na rynku, ma bardzo konkretne wartości, które za nią stoją.

Mam taki przykład, którego często używam, że wystarczy, żebyśmy mieli ładny kolorowy katalog na przykład takiej marki jak Mercedes. Wyjdziemy na ulicę i do końca dnia sprzedamy jakiegoś mercedesa z górnej półki, wcale nie dlatego, że jesteśmy jakoś specjalnie dobrymi sprzedawcami. Po prostu Mercedes ma wieloletnią tradycję, jeśli chodzi o samochody. Problem pojawia się w tym momencie, w którym produktem stajesz się Ty jako autentyczna postać.

Ja bym chciał jednak trochę skręcić w tej rozmowie, bo Wy tego nie widzicie, ale ja to widzę, zresztą jak wejdziecie na media społecznościowe Sandry, to to już jest oficjalnie zaanonsowane, jesteś w ciąży z drugim dzieckiem. Ciekawi mnie bardzo wątek przygotowania się marki kobiety, freelancerki, do tego wspaniałego etapu w życiu.

Mamy tutaj cały czas na uwadze, że marka osobista zawdzięcza istnienie osobistym działaniom freelancera, przynajmniej na początku. Jak kobieta, która jest w ciąży albo jest na etacie i myśli, czy zbudować markę albo w tej drugiej wersji, w której Ty jesteś, już jest poza etatem, buduje swoją markę i właśnie zaszła w ciążę, może sobie z tym "poradzić"?

Sandra Zenka: Musimy się cofnąć do roku wstecz. Gdy prosiłeś mnie o przedstawienie się, powiedziałam głównie o szkoleniach. Z tych szkoleń wydobywają się osoby na procesy indywidualne. Bardzo dbam o mój komfort psychiczny pracy z klientami. To znaczy, biorę klientów, którzy są gotowi do pracy. Badam ich poziom irytacji, tak to nazwałam na ostatnim moim live. Jeżeli jest ten poziom irytacji zbyt mały do wdrożenia działania, to po prostu nie biorę takiego klienta na proces. Wiem wtedy, że ten proces jest po prostu w kontemplacji. Jako certyfikowany trener zmiany wiem, że to nie jest klient dla mnie na tu i teraz, jest po prostu dla innego specjalisty.

W zeszłym roku miałam bardzo małą garstkę klientów indywidualnych. To były osoby z Warszawy, gdzie widzieliśmy się face to face i mieliśmy coachingi i mentoringi. Do tego jeździłam po całej Polsce i prowadziłam stacjonarne szkolenia. Bardzo często wyglądało to tak, że dzień wcześniej musiałam pojechać do danego miasta, nocować w hotelu, cały dzień poprowadzić szkolenie i wrócić. Ponad dwa dni zajmowało mi samo wykonanie tej usługi, już nie mówiąc o tych czynnościach przygotowujących.

Moment zwrotny w moim biznesie był, gdy ogłosili pierwszy lockdown.

Okazało się, że zostaliśmy z synem w domu, obydwoje pracowaliśmy zdalnie. Natomiast w momencie, kiedy ja nawet przeszłam z procesem szkoleń stacjonarnych na webinary, to okazało się, że no musimy mieć jakieś wsparcie. I cudowną rzeczą i doświadczeniem było to, że bardzo skrócił się czas wykonania usługi i ja dosłownie mogłam w koszuli i kapciach prowadzić webinary, które były dużo bardziej opłacalne dla korporacji.

Uważam, że świat się zmienił, gospodarka się zmieniła i już nigdy nie będzie tak, jak przed pandemią. Dlaczego? Ponieważ szkolenie, które wcześniej kosztowało firmę X, gdzie jechałam i prowadziłam warsztat dla dwudziestu osób, w tym momencie mogłam poprowadzić online. Webinary są tańsze, bo nie ma przerw na kawę, obiadu, nie ma zwracania kosztów za dojazd, płacenia za noclegi. I nagle na webinarze pojawiało się ponad dwieście osób. Koszty nieporównywalnie niższe.

Ja zachowałam tę samą stawkę za dzień i okazywało się, że mogłam to samo poprowadzić w ciągu dwóch godzin. Oczywiście content, który dajesz na sali szkoleniowej i wartość stacjonarna jest zupełnie innym contentem niż taki, który dajemy online. Ale online masz bardzo dużo mięsa, bardzo dużo konkretów, tak żeby utrzymać uwagę tego widza. Jest zupełnie inny proces, dużo więcej zależy od tego, co człowiek zrobi po wysłuchaniu podcastu, po przeczytaniu książki, po webinarze. Może po prostu do tego podejść: okej, było fajnie, dość oczywiste i tyle.

Do tego momentu prowadziłam wszystkie procesy stacjonarne.

W marcu zeszłego roku przeszłam z procesami na procesy zdalne i dla mnie to było po prostu przekleństwo i zbawienie w jednym. Po roku prowadzenia swojej marki osobistej, kiedy miałam nabity kalendarz szkoleniami, a ludzie i banki zaczęli mnie polecać, wiesz, co się stało? Te małe banki, banki franczyzowe, które były dla mnie idealnym klientem, poupadały. Ludzie wrócili na etaty, bardzo często się przebranżowili. Kilku moich klientów wyjechało za granicę. Nagle okazało się, że z kilkunastu Aliorów, których szkoliłam pandemię przetrwał jeden. Baza klientów, którą dość szybko sobie rozkręciłam, po prostu zaczęła topnieć.

Ja postanowiłam być elastycznym przedsiębiorcą, więc zmieniłam swoją strategię. Zostałam przy szkoleniach online, ale od czasu do czasu lubię poprowadzić warsztat stacjonarny. Lubię kontakt z ludźmi, zorganizowałam kobiecy camping mocy, szkolenie dla liderek, dla menadżerek wyższego szczebla albo dla przedsiębiorczych kobiet, żeby poczuć tę energię. Ale większość moich działań w tym momencie, to działania online.

W ostatnim kwartale była premiera mojego e-booka: Właścicielka swojego życia, który jest domowym procesem coachingowym. Także przy herbacie, w kapciach można sobie przepracować z poradnikiem rozwoju osobistego. Cały proces, który przechodzimy, można go zrobić wielokrotnie, stąd ta forma e-booka.

Doszedł jeszcze jeden element tej układanki, który zaczyna być coraz bardziej istotny, coraz więcej ważyć w moich przychodach, a mianowicie mój zespół zdalny. Podjęłam współpracę z firmą, która buduje odporność suplementami, czystym miąższem aloesowym.

Sandra Zenka

Trzeba było zawalczyć o zdrowie.

Okazało się, że moje problemy z tarczycą, Hashimoto, doszły do takiego momentu, w którym wielu endokrynologów powiedziało mi, że ja muszę. A wiesz, jak freelancer z krwi i kości reaguje na to, jak ktoś mu mówi, że coś musi i to jeszcze do końca życia. Usłyszałam od endokrynologów, że jako trzydziestoletnia kobieta muszę do końca życia przyjmować proszki i w ogóle, że dieta i suplementacja nie ma znaczenia.

Zaczęłam sobie googlać, czy jednak faktycznie tak jest, czy jest jakaś kobieta, która odstawiła leki. I czy jest w stanie żyć, funkcjonować i mieć fajne wyniki badań. Okazało się, że są takie kobiety, więc zaczęłam ten temat eksplorować i tak trafiłam na produkty, które mi pomogły. Teraz jestem w stanie prowadzić zespół w Polsce, Szwajcarii, Kanadzie, Stanach z mojego telefonu i komputera. I taką wizją, do której ja zmierzam, mój mąż również, to jest work and pleasure, czyli pojechać na przykład na dwumiesięczny urlop. Jest to coś, co na każdym etacie jest absolutną abstrakcją.

Jestem kolekcjonerką pięknych chwil i uważam, że życie składa się z takich momentów, więc wiem, że nie jestem w stanie tego spełnić, pracując na etacie. Muszę sobie wykreować taki styl pracy, taki zespół, żeby się trochę uniezależnić. Teraz jako mama w czwartym miesiącu ciąży stawiam na produkty cyfrowe, na stworzenie kursu online, no i na rozbudowę mojego zespołu, którym zarządzam zdalnie.

Piękna wizja, aż się rozmarzyłem, szczególnie na workejszyn.

Sandra Zenka: Workejszyn, podoba mi się.

Łączenie pracy z wakacjami. Dużo się też mówi, o cyfrowym nomadyzmie. Jest to coś, co nawet dla pracownika etatowego przy bardzo dobrych układach i pracy zdalnej też pewnie byłoby możliwe, jednak wymagałoby to takiej samej odwagi, żeby zmienić na przykład miejsce zamieszkania. To jest podobny poziom odwagi, co rzucenie etatu.

Czyli rozumiem, że mama, która może rozmyślać o rzuceniu etatu albo mama, która zaczyna budować markę w dzisiejszym cyfrowym świecie, może z powodzeniem do pewnego momentu sobie spokojnie pracować. No a co z przerwą no na poród i pierwsze chwile? Jak bardzo Twój biznes pozwala Ci na takie przerwy?

Sandra Zenka: Moja marka jest dość świeża, więc ja takich przerw nie miałam. To będzie moja pierwsza przerwa, jeżeli chodzi o działania. Plan jest taki, że do końca stycznia układam te wszystkie procesy, na początek marca mam termin porodu, więc chciałabym, żeby luty był już takim miesiącem, w którym będę wygaszać procesy, w którym będę no już prowadziła, nie wiem może ostatnie sesje coachingowe, mentoringowe z moimi klientami.

Ogłosiłam moim głównym partnerom, z którymi mam regularne szkolenia, że to jest ten okres, w którym nie będę szkolić. Aczkolwiek zamierzam dużo szybciej niż na etacie wrócić do gry, ponieważ w tym momencie mam zespół już kilkudziesięciu osób. On jest też porozrzucany. Nie będzie dla mnie dużym problemem zorganizować to, aby raz-dwa razy w tygodniu spotkać się zespołem zdalnie i poświęcić 40 minut na to, żeby zobaczyć, co się dzieje, w czym im mogę pomóc, jakie są bieżące problemy.

Wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć jeden procent z pracy stu osób niż sto procent ze swojej własnej.

Ja – mistrzyni dywersyfikacji, jak mi się wydawało do czasu pandemii i do czasu pierwszego lockdownu – zderzyłam się z tym, że jednak wszystko stoi na moich plecach. To, że mam większe firmy, mniejsze firmy, różne firmy, to nie jest dywersyfikacja, bo w momencie, kiedy mi zamknęli salę szkoleniową, kawiarnie, miejsca coachingowe, ja nie miałam, gdzie się spotkać z klientami.

Sandra Zenka

Nie miałam możliwości szkolić i po prostu kurek mojego biznesu został zakręcony.

Nie miałam wyjścia, musiałam się po prostu do tego jako przedsiębiorca przystosować, wymyślić nowy pomysł na siebie. I tak się też stało, dlatego teraz zupełnie inaczej do tego podchodzę. Produkty cyfrowe dają mi też taką fajną przestrzeń, to jest coś, czym jestem zafascynowana od momentu przeczytania T. Harv Ekera Biedny albo bogaty, po prostu różni mentalnie. Polecam też Roberta Kiyosakiego Bogaty ojciec, biedny ojciec.

I tam był wątek praw autorskich i zarabiania na prawach autorskich. I myślę, że taka mama, która jest na etacie, w zależności od swojej specjalizacji może pomyśleć, w jaki sposób wykreować produkt cyfrowy albo fizyczny tak, aby miał on jej prawa autorskie. Czyli jakiś know-how, specyficzną wiedzę, ekspertyzę. I taki, który mogłaby sprzedawać wielokrotnie, czyli stworzyć produkt raz, a potem można go sprzedawać wielokrotnie. To może być książka albo e-book. Wtedy wystarczy, że będę pokazywać też siebie, swój lifestyle i to, że można tymi produktami cyfrowymi też przepracować jakiś proces i być w fajnym, ciekawym miejscu i tak zamierzam robić.

Myślę, że to taka bardzo budująca wizja dopasowania się do zmieniającego się środowiska, odpowiedź na kryzys i wyjście z tego kryzysu.

Przeprowadziłem do tej pory wiele wywiadów i muszę Ci powiedzieć, że dużo ludzi mówi, że ten kryzys wcale tak źle się finansowo czy ostatecznie dla ich marek nie skończył, więc otworzyło to pewnie nowe możliwości. Kończąc naszą rozmowę, powiedz, czego można życzyć na przyszłość takiej marce, jak Twoja?

Sandra Zenka: Jakbyś się zapytał o mnie, to powiedziałabym, że lekkiego porodu i zdrowego dziecka. A jeżeli chodzi o moją markę, to możesz mi życzyć tego, aby efekty moich klientów i klientek były na tyle satysfakcjonujące, żeby chcieli polecać mnie dalej.

Sandra Zenka

Moimi życzeniami dla Ciebie oczywiście niech będą obie te wersje. Bardzo serdecznie Ci dziękuję za rozmowę. Moim gościem była dzisiaj Sandra Zenka, trenerka biznesu i coach.

Sandra Zenka: Dziękuję bardzo za zaproszenie.

Chcesz się dowiedzieć więcej? Przesłuchaj pełnego wywiadu na górze strony. Chcesz więcej? Zapraszam do przeczytania bądź przesłuchania pozostałych wywiadów z tej serii.

– Michał Bloch, Jak rzucić etat

Michał Pindelski – osobowość i chęć rozwoju to podstawa!

Michał Pindelski – osobowość i chęć rozwoju to podstawa!

Pleciona – Michał Pindelski opowiada, jak krok po kroku stworzył ze wspólnikiem najlepszy sklep wędkarski w Polsce. Droga nie zawsze…
Influencer czy przewodnik, Łukasz Jakóbiak o drodze do znalezienia siebie

Influencer czy przewodnik, Łukasz Jakóbiak o drodze do znalezienia siebie

Łukasz Jakóbiak od zawsze wiedział, że etat nie jest dla niego. Jak sprawił, że pracuje dla siebie i żyje ze…
Marcin Prokop – czy warto podążać za intuicją w budowaniu marki?

Marcin Prokop – czy warto podążać za intuicją w budowaniu marki?

Marcin Prokop to dziennikarz, felietonista, osobowość telewizyjna. Podążając za intuicją i podejmując odważne decyzje, dotarł do miejsca, w którym jest…
.
.