Michał Kanarkiewicz – wprowadź strategie szachistów do swojego biznesu!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Michał Kanarkiewicz to szachista i wykadowca MBA, który strategie szachowe wprowadza do biznesu. Jak on to robi? Dowiesz się z naszej rozmowy.

Posłuchaj jako podcast w wersji audio:

Moim dzisiejszym gościem jest Michał Kanarkiewicz, szachista, popularyzator gry w szachy, wykładowca MBA i autor 6 książek. Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem, więc zapraszam Cię, Michale, do przedstawienia się trochę szerzej słuchaczom podcastu "Jak rzucić etat i odzyskać wolność".

Michał Kanarkiewicz: Cześć. Po pierwsze, dziękuję za zaproszenie do podcastu. Cieszę się, że jestem tutaj z Wami i mam nadzieję, że czas spędzony ze mną, będzie wartościowy. Zrobię co w mojej mocy, żeby przekazać, jak najwięcej inspiracji i mam nadzieję, konkretnych narzędzi.

Jeżeli chodzi o mnie, przede wszystkim od dziecka gram w szachy. Jestem z nimi związany praktycznie od 10 roku życia, aż do dziś. Myślę, że jeszcze przez długi czas będę z tym związany. Grałem w szachy jako dziecko i do 16 roku życia byłem skupiony na samym graniu. Od 16 roku życia zacząłem budować działalność, a w wieku 18 lat już formalnie założyłem jednoosobową działalność gospodarczą.

Z biegiem czasu zacząłem rozwijać tę działalność, aż do momentu, w którym dziś prowadzę firmę szkoleniowo-doradczą, która doradza klientom korporacyjnym. Tłumaczę, w jaki sposób przełożyć myślenie szachistów do świata biznesu. Moim obszarem ekspertyzy jest wykorzystanie myślenia szachistów, do implementacji w kontekście strategii i strategicznego myślenia. Można powiedzieć, że w większości to właśnie klienci korporacyjni korzystają z moich usług.

Ja też dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie i szczególnie się uśmiecham, ponieważ wydaje mi się, że to jest marka osobista, która jest oparta o pasję.

Kto Cię zaraził szachami i w którym momencie zacząłeś o tym myśleć, jako o sposobie na funkcjonowanie w zawodzie, na budowanie marki?

Michał Kanarkiewicz: Tak to prawda, szachy są moją pasją od dziecka. Zacząłem w nie grać, kiedy miałem lat 10. Pamiętam, że wtedy mój przyjaciel Ksawery przyszedł do mnie, i powiedział: „Michał, patrz, to są szachy, gra dla inteligentnych”, a ja jako dziecko, lubiłem być postrzegany jako inteligentny. Podobno byłem takim dzieckiem, więc szachy pełniły dopełnienie tej funkcji związanej z byciem dzieckiem inteligentnym. Mnie się to bardzo spodobało, przypominało mi wojnę tym, że można zarządzać armią.

Ktoś, kiedyś powiedział, że szachy to wojna w skali mikro albo że wojna to szachy w skali makro w zależności od tego kto, co uważa. Szachiści versus dowódcy wojskowi.

Przede wszystkim szachy kojarzyły mi się z zarządzaniem wojskiem i to mi się bardzo podobało. Od dziecka interesowałem się też historią i szczególnie imponowali mi dowódcy, którzy potrafili odnosić spektakularne i wielokrotne zwycięstwa. Takim dowódcą był Napoleon Bonaparte, który bardzo lubił grać w szachy. Nawet są zapisy jego partii z tak zwanym mechanicznym turkiem, czyli tą słynną mistyfikacją. Jak się okazało z biegiem czasu, to nie była żadna maszyna, tylko człowiek, który był w środku tej maszyny.

Moja przygoda z szachami rozpoczęła się właśnie od spotkania z Ksawerym, a następnie ta pasja się rozwijała. Grałem w wielu mistrzostwach Polski. Moim najlepszym wynikiem wśród juniorów, było 6 miejsce, kolejnymi 10 i 14, więc powiedzmy w okolicach top 10.

Na mistrzostwach Europy w szachach, teraz nie pamiętam czy szybkich, czy błyskawicznych, też byłem w top 10, bodajże na 8 miejscu. To są takie przyzwoite, myślę, wyniki jak na juniora.

W wieku 16 lat zacząłem myśleć o tym jako o sposobie na życie.

Wywodzę się z trudnej, niezamożnej, można powiedzieć wręcz patologicznej rodziny, w której się nie przelewało. Mój ojciec był alkoholikiem i to sprawiało bardzo duże trudności w mojej rodzinie, i w moim otoczeniu. Nie bardzo były środki do tego, żebym mógł rozwijać swoją pasję stricte szachową. Co więcej, szachistów, którzy żyją z samego grania, jest bardzo mało w Polsce. Można powiedzieć, że w tej chwili jest ich trzech. Jan-Krzysztof Duda, zwycięzca Pucharu Świata, Radek Wojtaszek, czyli aktualny Mistrz Polski, i jeszcze może jeden, dwóch, maksymalnie trzech zawodników się znajdzie, którzy żyją stricte z szachów.

To jest bardzo trudne, żeby żyć tylko z szachów, a ja w wieku 16 lat potrzebowałem już myśleć o tym, z czego będę żył jako osoba dorosła, więc zacząłem dawać korepetycje z szachów. Mówiąc korepetycje, mam na myśli lekcje szachów. Uczyłem dzieci moich i mojej mamy znajomych, i od tego się zaczęła moja przygoda z przedsiębiorczością. Tak, żeby robić wszystko, co jest w mojej mocy, żeby ta stawka za godzinę i jakość pracy była podnoszona do tego stopnia, żeby móc pozostać przy pasji. Mam takie poczucie, że nie chcę robić czegoś innego niż szachy w swoim życiu i żeby tak mogło być, muszę zarabiać dobre pieniądze.

Nie interesowała mnie żadna przeciętność, więc od początku stwierdziłem, że idę w kierunku szachów.

Jednocześnie chciałem móc to robić nie part-time tylko full-time. Żeby to było pełnoetatowo, muszę zarabiać na tym dobre pieniądze. Po to, aby móc mieć z tego godne życie, takie, w którym nie tylko nie będzie mi niczego brakowało, ale też będę mógł sobie pozwolić na pewien komfort życia, którego jako dziecko mi brakowało. I ja od początku o tym myślałem.

Michał Kanarkiewicz
Michał Kanarkiewicz

Jest kilka rzeczy, za które chciałbym podziękować, czy jakoś Cię docenić. Po pierwsze: jakby coś, czego wielu moich słuchaczy może zazdrościć, czyli od początku od wieku nastoletniego, miałeś już na to jakiś pomysł i plan. Często ludziom i po czterdziestce, i po pięćdziesiątce tego brakuje.

Michał Kanarkiewicz: Dziękuję.

Druga rzecz, do której chcę jeszcze wrócić: otwarcie mówisz o tym, z jakiej rodziny pochodzisz i o kłopotach, które w związku z tym, czy miałeś, czy musiałeś sobie radzić. Więc o to będę chciał Cię jeszcze zapytać.

No i po trzecie, moje wielkie uznanie za sukces. Za wymyślenie tego, jak można na pasji zarabiać, godziwie, ponadprzeciętnie z tego żyć.

Michał Kanarkiewicz: Dziękuję.

Pozwolisz, że wrócę do Twojego odsłonięcia się. Jest to taki moment, w którym marka osobista, pokazuje kawałek swojej wrażliwej części. Czasem to są właśnie jakieś bolesne rzeczy, z którymi się teraz mierzymy. Ty to zrobiłeś w social mediach i to w tych, które są profesjonalne, czyli na LinkedInie.

Z mojej perspektywy, to jest coś mega, jeśli chodzi o markę. Często namawiam moich klientów, którym pomagam budować marki do pokazywania swojego wrażliwego kawałka. Jednocześnie też wyobrażam sobie, że to mogło Cię jakoś narazić na brak przyjęcia, chociażby ze strony ludzi, czy zwyczajnie na hejt, którego też w Polsce wydaje się nie brakować. Jesteś gotowy opowiedzieć trochę o swojej intencji, odnośnie tego odsłaniania się, publikacji tego rodzaju wpisu?

Michał Kanarkiewicz: Mówiłem o tym już w kilku wywiadach. Rzeczywiście tamta publikacja spowodowała wir wydarzeń. Nagle zainteresowały się tym media. Rzeczywiście byłem w wielu programach, również w ogólnopolskich. Temat okazał się dość interesujący. To jest kwestia syndromu DDA, czyli Dorosłego Dziecka Alkoholika, więc ten temat jest interesujący. W Polsce to jest zjawisko, które dotyczy bardzo wielu osób, wręcz milionów z tego, co się dowiedziałem.

Dlaczego to zrobiłem? Dlatego że chciałem też pokazać tę część, o której mało osób wie. Jednak media społecznościowe w większości pokazują taki piękny obrazek, który mało ma wspólnego z rzeczywistością. Albo mówiąc krótko, są tylko przedstawieniem pewnej części obrazka, a nie całości.

Kiedy ja prowadzę swoje social media i coś w nich publikuję, to mam potrzebę bycia autentycznym.

Nie jest to przykazanie od kogokolwiek, tylko po prostu to jest mój pomysł na prowadzenie social media. W tej recepturze, którą ja wyznaję, warto zachowywać spójność i autentyczność, a żeby być taką osobą, warto pokazać tę drugą część medalu. Uważam, że przynajmniej dla mnie, ta druga część medalu związana jest też z tymi trudnymi momentami. Każdy z nas ma jakieś sukcesy w życiu i łatwo jest o nich opowiadać, bo to zwykle zbiera bardzo dużo aplauzu i jest to miłe. Natomiast jednocześnie ja pokazuję też tę drugą stronę medalu, w której są trudności.

W moim przypadku trudności głównie dotyczą tego, jaka była przeszłość. Kiedyś, może ponad 2 lata temu, był taki moment, w którym odkrywałem, niektóre kawałki swojego dorastania. Zrobiłem to świadomie. Od tamtego czasu robię to już dużo rzadziej, bo po pierwsze uważam, że ci, którzy mieli się dowiedzieć, to się dowiedzieli, a teraz już idę do przodu i patrzę na to, co będzie dalej.

Przeszłość się wydarzyła, jej zmienić nie możemy, możemy tylko wyciągać z niej wnioski.

I takie miałam do niej podejście, kiedy tworzyłem te posty.

Pytałeś też mnie o intencje. Intencja była taka, żeby coś pokazać poprzez mój przykład, bo wierzę, że lepszy przykład jest niż wykład, jak to mówi Kuba Bączek. Uważam, że lepiej jest powiedzieć o realnej sytuacji, nawet jeżeli ona nie jest piękna, obrazkowa czy hollywoodzka. Jak piszę swoje posty, to staram się nie zakłamywać rzeczywistości czy przeszłości i pokazuję, jak jest. Część z osób, które to przeczytają, może to traktować jako autoterapię, natomiast nie ukrywam, że to nie jest moją intencją.

Poprzez powiedzenie tego, nie chciałem sobie robić autoterapii, bo przechodziłem terapię osobno, natomiast opowiadam o tych doświadczeniach, bo wiem, że jest bardzo wiele osób, które wciąż się mierzą z takimi wyzwaniami. Żeby daleko nie szukać, to nawet wśród moich znajomych z czasów szkolnych znam bardzo wiele przypadków osób, które do dziś się z tym mierzą i nie wiem, czy kiedykolwiek sobie z poradzą.

Ja przeszedłem przez ten etap. Patrzę do przodu, dlatego pomyślałem sobie, że skoro ja dałem sobie z tym radę, oczywiście ze wsparciem specjalistów i przyjaciół, dlaczego miałbym o tym nie opowiedzieć i dlaczego inni mieliby nie wykorzystać mojego doświadczenia, by lepiej sobie z tym poradzić.

I tutaj dochodzę do ostatniego punktu twojego pytania, czyli nieprzyjemnego feedbacku, nazywanego też hejtem w zależności od skali natężenia. Ja się spotkałem z komentarzami typu: „co się z tym afiszujesz”, „nie musisz opowiadać tej historii”. Mam takie poczucie i na tyle nauczyłem się, że to nie ma kompletnie żadnego znaczenia, kto co napisze.

Jeżeli ktoś napisze coś miłego, to się bardzo cieszę, natomiast jeżeli ktoś napisze coś nieprzyjemnego, nie mam potrzeby się tym mocno przejmować.

Michał Kanarkiewicz

Zresztą zachęcam do tego, żeby się w ogóle nie uzależniać od feedbacku, od lajków, od komentarzy. Kiedyś miałem takie wyzwanie, że się troszeczkę od tego uzależniłem, natomiast teraz już na to patrzę zupełnie inaczej, i zachęcam do tego wszystkich, którzy nas słuchają. Takie uzależnianie się od opinii innych sprawia, że tracimy kontrolę nad własnym życiem, tracimy sprawczość, a ja wierzę w to, że sprawczość, jest podstawowym elementem do tego, żeby odnosić sukcesy niezależnie, skąd pochodzisz.

Jest nawet taki cytat, niestety nie pamiętam, kto jest jego autorem, który mówi „Nieważne, skąd pochodzisz, ważne, dokąd zmierzasz”. Ja się z nim bardzo mocno identyfikuję. Skąd pochodzisz, ma znaczenie, pod kątem, jakie masz warunki startowe, ale nawet jeżeli te twoje warunki są trudne takie, jak ja miałem, a może nawet trudniejsze, to wciąż możesz dojść tam, gdzie chcesz, pod warunkiem, że włożysz w to tytaniczną pracę.

Chcę być też w tym szczery, bo też musiałem i wciąż muszę wykonywać więcej pracy niż moi rówieśnicy, którzy mieli wsparcie na starcie, chociażby od rodziców. Ja się tego nie boję powiedzieć, tak po prostu to funkcjonuje. Mają zasoby, których ja nie miałem na starcie. Teraz to się troszeczkę zaczyna zmieniać, bo ja też dochodzę do tych zasobów i różne rzeczy mogę troszeczkę łatwiej realizować niż kiedyś.

Na początku, to ja się odbijałem od drzwi, podczas gdy niektórzy moi znajomi mieli drzwi otwarte na dzień dobry.

Niezależnie od swoich kompetencji, zdaję sobie sprawę, że tak funkcjonuje świat, ale nie ma co narzekać. Świat jest, jaki jest, świata nie obchodzi to, czy nam się to podoba, czy nie. My po prostu realizujemy swoje marzenia i ja podchodzę do tego tak, że nawet jeżeli jest trudno to okej, jeżeli mi na czymś bardzo mocno zależy, to wciąż mogę wykonać najlepszą swoją robotę, żeby osiągnąć sukces.

Jest trochę tak, jak Robert Lewandowski powiedział na rozdaniu Złotej Piłki, że on po prostu wykonał najlepszą robotę, jaką mógł. To, że dostał Leo Messi, okej. Robert Lewandowski był na drugim miejscu, ale cały czas podkreślał, że on wykonał najlepszą pracę, jaką mógł, dał z siebie wszystko i tyle, i nic więcej nie mógł od siebie oczekiwać. Ja mam dokładnie to samo, że po prostu dawać z siebie wszystko i będzie, co ma być.

Jeżeli wykonam najlepszą robotę, to zwiększam swoje szanse na zwycięstwo.

Podzieliłeś się masą inspiracji z osobami, które nas słuchają. Szczególnie taką dodającą otuchy odwagą w pokazywaniu siebie z wadami, z prawdą o życiu, które czasem jest wesołe, a czasem jest bardziej mroczne i smutne.

Ostatecznie stanąłeś na scenie obok Kuby Wojewódzkiego, Ani Lewandowskiej czy nawet Nicka Vujicica. Dzisiaj prowadzisz program w telewizji publicznej i na kanale sportowym.

Jakie to uczucie i co się zmienia w głowie, jak zaczyna Ci wychodzić, gdy dużo ludzi cię rozpoznaje i widzisz, że zaczyna, mówiąc brzydko, to wszystko zażerać?

Michał Kanarkiewicz: Odwołam się do tego, co mówił Robert Lewandowski. Ja czuję dumę. Te projekty, o których wspomniałeś, zrealizowałem i wciąż niektóre realizuję głównie dzięki mojej pracy. Oczywiście było też wsparcie innych osób i tutaj nie ma, co tego umniejszać. Był też element szczęścia, w niektórych momentach, ale na pewno bez mojej pracy to by się nie wydarzyło.

W związku z tym odczuwam dumę i to daje też dużą pewność siebie, w kontekście realizacji kolejnych projektów.

To jest szczególnie ważne, bo jeżeli chcesz zrobić coś, czego nie ma, albo coś, co mówiąc trochę górnolotnie, ma zmienić świat i sprawić, żeby świat był lepszy, to zwykle trzeba mieć bardzo dużą odwagę, pomysł i zasoby, żeby zrealizować. O tyle o ile pomysł jest najprostszy z tych wszystkich trzech, a zasoby czasami da się po prostu na różne sposoby je zorganizować, o tyle odwaga jest czymś, co trzeba wypracowywać na bazie swoich doświadczeń.

Staram się, żeby na pewno nie odbiła mi sodówka i mam nadzieję, że jak przesłucham ten podcast za kilka lat to, że nie będę musiał się wstydzić tych słów, które dzisiaj powiedziałem. Chcę być tym samym Michałem, dostępnym i gotowym do rozmów z każdym, niezależnie od tego, jakie ma osiągnięcia, czy jaki ma status, czy skąd pochodzi. Jednocześnie mam też takie poczucie, że wciąż jest wiele przede mną do zrobienia.

Patrzę na swoje życie długoterminowo.

Może ktoś z naszych słuchaczy mnie teraz wyśmieje, ale ja naprawdę patrzę na siebie, na Michała Kanarkiewicza, jako projekt długoterminowy. Nie patrzę na to, co jest dziś, tylko ja naprawdę mam swoją wizję na 2040 rok i naprawdę wiem, gdzie zmierzam. Oczywiście te drogi mogą się zmienić i raczej na pewno się zmienią w trakcie, bo technologia się zmieni, będą nowe wynalazki i nowe pomysły, natomiast mam pewną wizję siebie. Jak realizuję poszczególne projekty to to nie jest być albo nie być, tylko kolejny krok, który jest do wykonania i zróbmy wszystko, żeby to się udało, żebyśmy to zrealizowali. Jednocześnie nie ma też tragedii, jeżeli któryś projekt nie osiągnie takiego sukcesu, jak zakładałem, bo są kolejne.

Inspiruję się bardzo dużo sportowcami, w szczególności olimpijczykami i tymi najbardziej utytułowanymi. Jest coś takiego, jak depresja olimpijczyka, która wiąże się z tym, że sportowiec, kiedy kończy zawody i osiąga sukces, ale nie ma ustalonego wcześniej kolejnego celu, no to popada w taką depresję olimpijczyka. Jest to moment, w którym nie do końca wiedzą, co ze swoim życiem zrobić, skoro już osiągnęli sukces.

Biorąc pod uwagę depresję olimpijczyka, wielu sportowców zmieniło trochę tryb zarządzania celami i przeszło w tryb na zakładkę.

Michał Kanarkiewicz Nick Vujicic

Wyjeżdżając na przykład na Igrzyska Olimpijskie, jeszcze przed igrzyskami już zakładają, co będzie dalej, czyli jaki będzie kolejny plan po to, żeby uniknąć tej depresji. Bardzo się tym zainspirowałem i mam podobnie. Kiedy wchodzę w finałową fazę realizowania projektu, to już wiem, jaki jest następny projekt, tak żeby na zakładkę je realizować.

Oczywiście są potrzebne też przerwy od pracy. Nie może być tak, że non stop pracujesz, bo można zwariować. W moim przypadku takie planowanie na zakładkę, żeby mieć do przodu wiele projektów przynajmniej w głowie, a najlepiej gdzieś spisanych, to jest najlepszy pomysł na to, jak się dalej rozwijać. Tak to wygląda na co dzień.

Tak naprawdę, jakby ktoś ze słuchaczy przyszedł do mojego domu, spojrzał sobie na mój kalendarz, to by pomyślał, że po prostu jestem takim robotem zaprogramowanym 24/7, bo ciągle coś mam w kalendarzu. To prawda, że mam w kalendarzu bardzo dużo zaplanowanych rzeczy. Jednocześnie to wszystko ma służyć większej całości, ja na to patrzę, nie jak na pojedyncze zadanie, tylko na takie które ma mnie do czegoś przybliżać. Patrzę też i oceniam swój progres zwykle nie z dnia na dzień, nie z miesiąca na miesiąc, tylko przynajmniej kwartał do kwartału, a najczęściej rok do roku.

Moje kolejne pytanie dotyczy sfery, którą ja nazywam ciekawskością. Zastanawiam się, jak to jest z twoim myśleniem, czy ty cały czas myślisz w kategoriach „kilka ruchów do przodu” i strategicznego myślenia? Czy wykorzystujesz „myślenie szachowe”? Czy są jakieś obszary, w których zupełnie jesteś spontaniczny?

Michał Kanarkiewicz: Mam takie poczucie, że jeżeli ja bym nie myślał na kilka ruchów do przodu, to by było trochę zaprzeczenie mojej pracy. To znaczy ciężko zachować autentyczność i spójność, jeżeli bym robił inaczej, niż doradzam moim klientom korporacyjnym. A że doradzam klientom zwykle planowanie na kilka ruchów do przodu, no to ciężko by było, gdybym ja sam tak nie robił. Chociaż oczywiście trzeba pamiętać, że w takich prostych sytuacjach życiowych, jak wyjście do kina czy do teatru, nie muszę tego zaplanować na kilka ruchów do przodu. Oczywiście z wyjątkiem miejsca w kalendarzu. Zakładając, że miejsce w kalendarzu jest, to często podejmuję decyzję bardzo spontaniczne i potrafię z godziny na godzinę jechać do kina.

W takich bardziej złożonych sprawach, jak na przykład planowanie budżetowania czy strategia marketingowa, i tak dalej, to wszystko jest zrobione u mnie z dużym wyprzedzeniem. Wierzę w to, że planowanie, rozpisywanie sobie poszczególnych kroków, sprawia, że mamy po prostu większą kontrolę, bo to, co mierzalne, to tym da się zarządzać. O tym mówił Peter Drucker, znany teoretyk zarządzania i autor bardzo wielu książek w tym zakresie.

Myślę, że tutaj nasi słuchacze będą kojarzyć Petera Druckera. W każdym razie ja wychodzę z tego samego założenia, czyli jeżeli coś sobie zapiszę i jestem w stanie to na co dzień mierzyć, to jest efektywne, bo da się tym zarządzać.

Pytałeś mnie o to myślenie szachowe – tak, ono mi się regularnie włącza. Pomijając aspekty planowania, to czasami nawet w relacjach międzyludzkich się włącza to myślenie szachowe.

Jako dzieciaki przy szachownicy non się stop uczyliśmy analizowania i oceniania pozycji, nie tylko na szachownicy, ale też pozycji ciała naszych oponentów.

Tak, żeby wyczytać z ich mowy ciała, czy oni są pewni siebie, czy przypadkiem nie ma tam jakiegoś zwątpienia. Myślę, że sportowcy, którzy nas słuchają, czy specjaliści od komunikacji wiedzą, o co chodzi. Dla wszystkich pozostałych, to mówiąc krótko, ta mowa ciała naprawdę bardzo wiele daje i pomaga podejmować poszczególne decyzje. Ja w trakcie partii, nawet jeżeli nie gram z kimś w szachy, to po tym, w jaki sposób ta osoba się zachowuje na co dzień wobec mnie, jestem w stanie przewidywać, jakie ma wobec mnie intencje albo co jest dla niej ważne. To bardzo pomaga w codziennym funkcjonowaniu.

Nie znaczy to, że jest to niezawodny sposób myślenia. Taka intuicja czy instynkt jest bardzo pomocny, chociaż rzeczywiście jest to pewien skrót myślowy i nie ma to znamion naukowych. Jednak taki szachowy sposób myślenia, analityczny, analizujący bardzo wiele danych jednocześnie, pomaga nam przewidywać zagrożenia i wyłapywać szanse.

Z tego, co rozmawialiśmy wcześniej, mówiłeś, że nie masz za sobą kariery etatowej jako takiej. Dzisiaj już to też potwierdziłeś, opowiadając o tym, jak budowałeś swoją markę, więc zamiast standardowych pytań o rzucanie etatu, dzisiaj chcę Ci zadać pytania związane ze zmianą. Na pewno była u Ciebie jakaś zmiana przy budowaniu marki, która rozkłada się w czasie. Inaczej marki wyglądają na początku, jak zaczynamy je tworzyć, potem się zmieniają i rozrastają się. Co było dla ciebie najtrudniejsze w stawaniu się marką osobistą?

Michał Kanarkiewicz: Co było najtrudniejsze w stawaniu się marką? Ja na to nigdy tak nie patrzyłem, raczej rozważałem to w kontekście algorytmu, że to jest pewna gra, którą trzeba wejść i wygrać. Trochę jak w szachy. Wchodzisz po to, żeby wygrać i tak samo jest z marką osobistą. Chociaż szachy są grą skończoną, są wygrana, remis lub przegrana, o tyle w marce osobistej, zupełnie inaczej wyglądają wyniki. Tutaj porównujesz się do innych marek osobistych. Osobiście rzadko to robię, raczej tylko szukam swojego unikalnego DNA, jeżeli chodzi o markę osobistą.

Trzeba po prostu nauczyć się zasady tej gry w markę osobistą i w niej wygrać.

Pamiętam, że od samego początku czytając różne opracowania, książki, artykuły, szczególnie zainteresowała mnie strategia księżyca, czyli współpraca ze znanymi markami po to, żeby ich blask padał na moje nazwisko. Kiedy wspominałeś o wystąpieniu na tych samych eventach z Kubą Wojewódzkim, Anią Lewandowską czy Nickiem Vujicicem, właśnie ta strategia tutaj bardzo mocno zadziałała. Występowałem na wielu eventach, ale te elementy sprawiły między innymi, że moja marka szybciej rosła. Ta strategia jest szalenie skuteczna, chociaż jednocześnie trudna do realizacji i nie dla każdego, ponieważ wymaga bardzo dużej determinacji i płynięcia zwykle pod prąd. Polega na szukaniu dróg innych niż wszyscy, bo jeżeli robisz to, co wszyscy, to masz wyniki, jak wszyscy, a że statystycznie większość ma wynik średni, trudno oczekiwać, jeśli będziesz robić to, co wszyscy, że będziesz miał wyniki lepsze niż średnie.

Michał Kanarkiewicz

Bardzo dziękuję za podzielenie się tym. Po pierwsze, myślimy trochę podobnie, a po drugie w tej rozmowie poznaję trochę Ciebie i to jak się wypowiadasz. Jest to dla mnie też informacją o tym, jak myślisz.

Twoje wypowiedzi są bardzo inspirujące i przemyślane, jedna jakby wynika z drugiej. Walk you talk, czyli to, o czym mówisz, przejawia się w twoim działaniu. Celowo chcę zadawać pytania, które zainteresują ludzi, którzy nas teraz słuchają i zastanawiają się, czy bycie marką, rzucenie etatu jest dla nich. Czy gdybyś mógł cofnąć czas, zagrać jeszcze raz w tę grę, co byś zmienił, a co byś zrobił tak samo, budując swoją markę?

Michał Kanarkiewicz: Zacznijmy tego, że jak nasi słuchacze są na etacie i rozważają budowę marki osobistej i rzucenie etatu, to zachęcam do tego (i to często powtarzam za Sylwią Królikowską), żeby nie rzucać wszystkiego, „nie wyjeżdżać w Bieszczady” i nie tworzyć marki osobistej na dzień dobry, bo to większości osobom się nie udaje.

Zachęcam do tego, żeby proces związany z budowaniem marki poza pracą etatową, robić w sposób przemyślany, najczęściej jako tak zwana druga noga. Wielu osobom się to sprawdziło w codziennej pracy zawodowej. Jeśli masz dobre stanowisko w korporacji, chcesz zmiany, pracując na etacie w korporacji i chcesz zbudować swoją markę, to rób to po godzinach i krok po kroku. Moja babcia tak mówi, żeby wszystko brać małą łyżeczką. Ja co prawda nie jestem wielkim zwolennikiem brania małą łyżeczką, bo uważam, że trzeba brać wielką łychą, żeby zasmakować życia, ale w tym kontekście ta rada ma sens.

Nie rzucałbym wszystkiego, nie wyjeżdżał w Bieszczady, tylko raczej małą łyżeczką, krok po kroku budowałbym swoją markę.

W szczególności dla osób, które mają rodziny, żeby przypadkiem nie odbić się od ściany, jeżeli chodzi o budowanie swojej marki poza światem korporacji, bo to nie jest takie wcale łatwe.

Co bym zrobił inaczej? Bywały takie momenty na mojej ścieżce, że raz albo dwa razy, kiedy zwalniałem swój rozwój. To jest bardzo ważna przestroga – robiłem to pod wpływem opinii innych. Na przykład zacząłem uważać, że moja praca jest mniej wartościowa, niż jest w rzeczywistości. Zachęcam do tego, żeby się nie przejmować opinią innych, chyba że to jest ekspert w twojej dziedzinie, to wtedy można to wziąć pod uwagę i rozważyć. Ale zasadniczo mocno bym się nie przejmował opiniami innych, bo nawet wśród moich bliskich nie wszyscy byli przychylni moim pomysłom na dzień dobry.

Trzeba się z tym zmierzyć i ja wiem, że to zabrzmi może okrutnie, ale jeżeli twoi najbliżsi są nieprzychylni, to po prostu trzeba ich ignorować i robić swoje.

Nawet nie wchodzić w konfrontację, bo szkoda Twojej energii. Ja próbowałem wchodzić w konfrontację, naprawdę nie polecam, bo to szkoda energii.

Z perspektywy czasu mogę też powiedzieć, że mnie się zdarzyły takie momenty, w których konsumpcja prywatna związana z realizacją moich marzeń, stała się priorytetem ponad mój rozwój rozumiany jako inwestycję w samego siebie. Bardzo chciałem realizować swoje marzenia i tego już nikt mi nie zabierze, ale uważam, że niektóre rzeczy mogły jednak trochę dłużej poczekać i więcej kasy mogłem zainwestować w swój rozwój.

Wszystko w zależności od priorytetów. Nie patrzę na świat zero-jedynkowo. Świat rzadko jest zero-jedynkowy. Wypisuję sobie takie myśli do mojego pamiętnika i z biegiem czasu do tego wracam, żeby zastanowić się i poszukać, czy przypadkiem nie miałem już kiedyś wyzwania, z którym się dzisiaj mierzę. Jeśli tak, może kiedyś już je rozwiązałem albo myślałem nad tym.

Na przykład zdarzają mi się takie sytuacje, że po 2 latach wracam i okazuje się, że ja z tym wyzwaniem walczyłem i mam już jakieś swoje przemyślenia. To jest świetna baza do tego, żeby mieć jakiś punkt odniesienia ze swoich przemyśleń i żeby porównać swoje myśli dzisiaj i wtedy.

Bardzo polecam prowadzenie pamiętnika, najlepiej pisanego odręcznie, bo dzięki temu lepiej zapamiętujemy.

I trzecia ostatnia rzecz, którą bym zrobił inaczej, to mimo mojej dużej odwagi w prowadzeniu własnej marki osobistej, wydaje mi się, że bywały momenty, w których zabrakło mi trochę odwagi do tego, żeby być jeszcze bardziej wyrazistym w social mediach. A ta wyrazistość jest szalenie ważna. Teraz powiem coś trochę kontrowersyjnego, ale mam nadzieję, że się wybronię. Jeżeli jesteś w wieku w przedziale 20/30 lat, zaczynasz swoją karierę korporacyjną, to jest moment, w którym tak naprawdę masz niewiele do stracenia. Nie chcę powiedzieć, że nic, ale bardzo niewiele, więc tutaj naprawdę można poszaleć.

Zresztą ludzie wybaczą, nawet jeżeli popełnisz błędy.

Jeżeli już przekraczasz trzydziestkę, to jest inna sytuacja, bo często są też inne priorytety, inne spojrzenie na życie. W wieku 20/30 zachęcam do tego, żeby być bardziej odważnym. Jeżeli przekraczasz trzydziestkę, to też oczywiście ta odwaga jest szalenie ważna. Więcej nie chcę stawiać tu jakichś granic, że 30 to już jest koniec kariery. Wręcz przeciwnie dla wielu to jest początek, a nawet później można zacząć karierę, ale mówię o tym dlatego, że wtedy mamy trochę inne spojrzenie na świat.

Polecam, żeby przynajmniej raz na jakiś czas konsultować się ze specjalistami od wizerunku, od PR-u, bo oni podpowiedzą, jak zrobić dym, ale jednocześnie, żeby nie strzelić sobie w stopę.

Michał Kanarkiewicz

Patrzę sobie na swoje pytania i zmierzamy do ostatniego, a w zasadzie nie jest to pytanie, tylko prośba. Pomagam ludziom budować marki osobiste, pomagam im zdobyć odwagę do tego, żeby budować je też na pasjach. Jestem w stanie powiedzieć, że na każdej pasji można tak naprawdę zbudować markę, natomiast wielu ludzi obawia się, że nie zostaną przyjęci, że zostaną wyśmiani. Czy mógłbyś im coś powiedzieć i zmotywować ich jakoś do podjęcia decyzji?

Aż się chce zapytać, jakie strategie dla tych po czterdziestce. Co prawda po czterdziestce nie jestem, ale nieuchronnie się zbliżam. Dziękuję za podzielenie się tym z nami. Mam wrażenie, że przedział wieku moich słuchaczy to jest między 30 a 55, więc przemyślane PR-owo robienie dymu może być dla nich dobrą strategią.

Michał Kanarkiewicz: Jeżeli wśród Twoich słuchaczy większość jest 30+, to zachęcam do skonsultowania się ze specjalistą od PR-u. Taka jednorazowa konsultacja może Wam zupełnie zmienić spojrzenie na to, co działa, a co nie działa, bo to o to chodzi. Można skonsultować się z kimś z PR-u czy marketingu, czy z Tobą Michale.

Jak masz 20/30 lat, po prostu robisz, co Ci przyjdzie do głowy, ale jak już wskoczy 30+, to zachęcam do tego, żeby robić to w zgodzie z jakimiś konwenansami w branży. W szczególności, jeżeli reprezentujesz branżę biznesową, np. finansowo-księgową czy IT. Tam naprawdę trzeba to dobrze opracować.

Wracając do twojego głównego pytania, czyli do zagadnienia związanego z obawą przed oceną, to nie jest proste pytanie. Kiedy byłem młodszy, pytałem o rady wiele osób, bo sam chciałem znać odpowiedź na to pytanie. Najczęstsze odpowiedzi, jakie dostawałem, sprowadzały się do tego, że hejt, tak czy siak, będzie i to jest pewien sposób podatek od twojego sukcesu.

Czym więcej hejtu, tym prawdopodobnie większy sukces, więc spodziewajcie się, że hejt jest po prostu częścią tej gry.

Ważne nie jest to, czy on występuje, tylko jak ty się do niego ustosunkujesz i z mojej perspektywy, po prostu najlepiej hejt zignorować. Od tego bym zaczął, a oczywiście z biegiem czasu można się też nauczyć dostosować komunikację tak, żeby zmniejszać szanse na hejt. Od waszej komunikacji zależy, czy ten hejt wystąpi, czy nie. Natomiast hejt prędzej czy później u Was zagości, nawet jeżeli byście robili swoje social media idealnie.

Nawet jak spojrzycie na takie, globalnie supermarki osobiste jak Robert Lewandowski, Cristiano Ronaldo czy Lionel Messi, oni mają hejt pod swoim adresem, pomimo że zatrudniają sztab PR-owców. Mają większe sztaby niż korporacje, jeżeli chodzi o pracę nad wizerunkiem, więc ja bym się liczył z tym, że to jest po prostu część tej gry.

Marka osobista i robienie biznesu to jest gra, której trzeba się nauczyć, aby wygrać, a potem możemy zmienić jej zasady, bo jesteśmy zwycięzcami.

Po drodze można mieć sojusze z innymi osobami, nie trzeba wszystkich pokonywać. Nie musisz tak jak w szachach wygrywać w każdej partii czy remisować, bo to nie jest gra skończona. Biznes nie jest grą skończoną. Żeby się przebić, potraktowanie tego jako gra pomaga, bo dyscyplinuje nas do tego, żeby się jak najwięcej nauczyć i zrobić research. Poznać zasady, dowiedzieć się, kto w tę grę gra, jakie są warunki sukcesu, co sprawi, że nasza taktyka i strategia doprowadzi nas do celu.

Wszystko się sprowadza do tego, żeby dobrze znać reguły gry. Gdy poznasz dobrze zasady i reguły gry, wtenczas zwiększasz swoje szanse na zwycięstwo.

Nie wiem, czy to było motywujące, ale chciałem, żeby to było prawdziwe. Nie chciałem opowiadać jak amerykański coach, że wszystko będzie dobrze wspaniale i pozytywnie, bo to bzdura, tak nie będzie. Będą Cię spotykać wyzwania i zachęcam do tego, żeby w momencie trudnych, nieprzyjemnych emocji, otaczać się bliskimi i wspierającymi osobami, które nawet jeżeli popełnisz błąd, to wciąż będą z Tobą i Ci pomogą.

Bardzo serdecznie dziękuję. Miało nie brzmieć jak amerykański coach, jednak pojawiło się słowo "jesteś zwycięzcą”, które nawiązuje do takiego viralowego filmiku. Oczywiście można to powiedzieć zupełnie inaczej w zupełnie innym kontekście i każdy tę różnicę dostrzega. Myślę, że bardzo dużo wartościowych rzeczy się pojawiło i strasznie mi jest miło, że przyjąłeś zaproszenie i znalazłeś czas w swoim grafiku. Życzę Ci wszystkiego dobrego i jeszcze większych sukcesów i oczywiście do zobaczenia gdzieś na szlakach marek osobistych.

Michał Kanarkiewicz: Dziękuję bardzo za zaproszenie i oczywiście zapraszam, jeżeli nasi słuchacze mają ochotę się ze mną spotkać, to w szczególności na LinkedInie. Zapraszam do wysłania mi zaproszenia i napisania wiadomości. Ja zaproszenia przyjmuję, a na wiadomości odpisuję.

Trzymam za was mocno kciuki, żebyście zrealizowali swoje marzenia, bo naprawdę warto. Jeżeli ja, chłopak z Wejherowa, który totalnie nie miał zasobów na początku i startował kompletnie z zerem, mógł zbudować markę osobistą opartą o szachy i to w czasach, kiedy Gambit Królowej jeszcze nawet nie istniał, tylko istniała książka Gambit Królowej, to naprawdę można zbudować markę osobistą na bardzo wielu rzeczach. Na pewno Wy macie najlepsze nie tylko pomysły, ale też zasoby do tego, żeby to zrobić. Wszystkiego dobrego, szach i mat, dzięki.

Dziękuję bardzo. Moim gościem był Michał Kanarkiewicz, szachista, propagator szachów wykładowca MBA i autor 6 książek.

Chcesz się dowiedzieć więcej? Przesłuchaj pełnego wywiadu na górze strony. Chcesz więcej? Zapraszam do przeczytania bądź przesłuchania pozostałych wywiadów z tej serii.

– Michał Bloch, Jak rzucić etat

Michał Pindelski – osobowość i chęć rozwoju to podstawa!

Michał Pindelski – osobowość i chęć rozwoju to podstawa!

Pleciona – Michał Pindelski opowiada, jak krok po kroku stworzył ze wspólnikiem najlepszy sklep wędkarski w Polsce. Droga nie zawsze…
Influencer czy przewodnik, Łukasz Jakóbiak o drodze do znalezienia siebie

Influencer czy przewodnik, Łukasz Jakóbiak o drodze do znalezienia siebie

Łukasz Jakóbiak od zawsze wiedział, że etat nie jest dla niego. Jak sprawił, że pracuje dla siebie i żyje ze…
Marcin Prokop – czy warto podążać za intuicją w budowaniu marki?

Marcin Prokop – czy warto podążać za intuicją w budowaniu marki?

Marcin Prokop to dziennikarz, felietonista, osobowość telewizyjna. Podążając za intuicją i podejmując odważne decyzje, dotarł do miejsca, w którym jest…
.
.